Zobaczyłem ją i świat się zatrzymał. A właściwie zwolnił raczej. Może tak czasem macie. Coś się wydarza i ciarki przechodzą po plecach, a po chwili człowiek zauważa, że wstrzymał oddech i zamarł, żeby tego czegoś nie spłoszyć. Tak było i tym razem. Zobaczyłem ją i wszystkie inne szczegóły wycofały się wstydliwie w tło. I wyblakły. Była śliczna. Miała kręcone blond loki opadające na ramiona i roześmiane niebieskie oczy, szczupłą bladą twarz i piegi na małym nosku. Uśmiechała się do mnie, a ja nie wiedziałem co zrobić, więc udałem, że patrzę gdzie indziej. Miała długą białą szatę, co było dość dziwaczne, jak na słoneczny wprawdzie, ale zimny jesienny dzień w środku miasta. Była aniołem. Miała skrzydła…

Ludzie przechodzi i nie zauważali jej. Jak mogli? Ja nie widziałem nic innego. Zapomniałem gdzie jestem i co się dzieje. Zapomniałem o Julce.
Szliśmy deptakiem Monte Cassino w Sopocie i właśnie przechodziliśmy koło Krzywego Domku (jeśli byliście w Sopocie, to wiecie o czym mówię). Tłum był umiarkowany jak na tą porę roku, to znaczy dało się przejść pomagając sobie łokciami. Julka miała ochotę na lody. Pięcioletnie dziewczynki zawsze mają ochotę na lody. Jeśli pojawi się w zasięgu wzroku budka z lodami, mała dziewczynka nagle dokładnie wie, o czym właśnie marzyła.
- Jest jesień, za zimno na lody – powiedziałem.
- Tato… prooooszęęęęę – wlepione wielkie szare oczyska zawsze działały i wiedziała o tym świetnie. Tak, przyznaję, miałem problem z moją córką. Uwielbiałem ją. Uwielbiałem patrzeć, jak z wielką uwagą oblizywała loda „naobkoło”, żeby nie zdążył roztopić się i płynąć jej po brodzie i muszę przyznać, że od jakiegoś czasu całkiem nieźle jej to wychodziło.

Julka wzięła ode mnie monetę i pobiegła w stronę budki z lodami. Szedłem za nią uważając, żeby nie stracić córki z pola widzenia w tłumie turystów i wtedy właśnie zobaczyłem ją. Ją. JĄ !!!
Skrzydła miała pokryte puchem, a długa szata zasłaniała jej nogi łącznie z butami. Szła powoli, a wyglądało to, jakby płynęła w powietrzu.
Rozdawała jakieś ulotki. Wziąłem jedną bezmyślnie, bezwiednie, nawet na nią nie spojrzawszy. A ONA uśmiechnęła się do mnie uśmiechem, za który tysiące mężczyzn szło od wieków w ogień wojny i jeszcze byli szczęśliwi ginąc…
Spuściłem wzrok i udałem, że zainteresowało mnie coś szczególnie przyciągającego uwagę w ulicznym bruku.

Przypomniałem sobie o córce i rzuciłem okiem na budkę z lodami. Nigdzie nie dostrzegłem Julki. Rozejrzałem się wokół. Przeskanowałem wzrokiem tłum w poszukiwaniu czerwonego płaszczyka i czarnych kucyków z czerwonymi kokardkami. Nic. Zrobiłem to jeszcze raz bezskutecznie, a potem wskoczyłem na ławkę i rozejrzałem się bardziej z góry. Nigdzie ani śladu Julki.
No i drugi raz ciarki przeszły mi po plecach i wstrzymałem oddech.
- Gdzie ona do cholery jest? – pomyślałem.

[…]

- Zaparzę Ci herbaty… - moja mama spojrzała pytająco.
- Nie lubię herbaty, mamo – powinna już się przyzwyczaić. Nie piję herbaty od co najmniej dziesięciu lat. Zawsze proszę o kawę. Ale dla niej jestem jeszcze ciągle małym Krzysiem, który pije herbatę i zajada maślane bułki z dżemem.
- nie dziękuję… może małą filiżankę kawy…

Moja mama krzątała się w kuchni stojąc tyłem do mnie cicho sobie coś nucąc. Robiła tak odkąd pamiętam i właściwie nic się nie zmieniło poza włosami, które teraz były zupełnie siwe, a nie kasztanowe, jak dwadzieścia lat wcześniej. Kuchnia mojej mamy zawsze pachniała kawą i drożdżówką, a w porze obiadu smakowitymi sosami. Siedziałem oparty łokciami o stół, który stał u nas w kuchni odkąd pamiętam.
Niespiesznie wyjmowała to i owo z szafek, a stół kuchenny niespiesznie zapełniał się drobiazgami. Wyjęła cukier i mleko do kawy, choć żadne z nas nie słodziło i nie dolewało mleka. Ale ceremonia, to ceremonia i wszystko musi być jak należy. Patrzyłem na nią i poczułem, że coś jest inaczej niż zwykle. Nie umiałbym powiedzieć skąd wiedziałem, ale coś ewidentnie było nie tak. I nagle dotarło do mnie, że nie patrzy na mnie. Zawsze zerkała z nieznacznym uśmiechem ukrywanym skrzętnie, ale dziś było inaczej. Jakby unikała mojego wzroku.
- Mamo…
- Tak? – nie odwróciła się, a pytanie zdało się być kurczowo niedbałe.
- Co się stało? – odwróciła się i wtedy zobaczyłem, że oczy ma zaszklone łzami, które usiłowała powstrzymać.
Patrzyłem na nią i mimowolnie zacząłem snuć hipotezy. Pierwsze dotyczyły jej zdrowia…

Nalała kawę kończąc tym samym całą złożoną procedurę. Usiadła i zapatrzyła się w swoją filiżankę.
- Julka… - zaczęła, ale zawahała się i nie skończyła zdania. Patrzyłem wyczekująco. Moja mama pokiwała prawie niezauważalnie głową, jakby podejmowała decyzję, żeby jednak mi powiedzieć, choć z wyraźnym oporem.
- Julcia powiedziała mi, że… - znowu się zawahała i przełknęła łzy.
- Powiedziała, że tata kupi jej skrzydełka i że… poleci do nieba. – powiedziała bardzo szybko, jak gdyby chciała mieć to już za sobą zawahawszy się tylko przez moment po „że”. Patrzyła na mnie zdziwiona, że mnie to nie poruszyło.
- I Ty pomyślałaś sobie… - uśmiechnąłem się. Moja mama miewała przeczucia. Miewała sny, które się spełniały. Nie wprost i nie dosłownie, ale jednak trudno było zaprzeczyć, że coś przepowiadały. Zauważała różne rzeczy, choć nie potrafiła powiedzieć jak to robi. Po prostu przeczuwała. Podśmiewaliśmy się z niej, że jest wiedźmą, a ona machała na nas ręką, żebyśmy się odczepili. Oczywiście dla mnie i dla moich sióstr, to była tylko woda na młyn. Kiedyś kupiliśmy jej nawet miotłę na urodziny, bo przecież czarnego kota już miała. Czarny kot był kotką o imieniu Alicja. Przybłąkała się kiedyś i moja siostra uprosiła mamę, żeby mogła zostać. Teraz Alicja nie była już czarna. Miała posiwiały pysk i dużo spała, ale ciągle żyła i nic jej nie było mimo siedemnastego roku życia. Dokuczaliśmy mamie, że długowieczność zawdzięcza swojej „czarownicy”.
- … pomyślałaś sobie… - uśmiechałem się do mamy uspokajająco.
- … to po prostu tak, mamo, że Julka oglądała ostatnio bajkę, starą czeską bajkę o kreciku i orle. Krecik opiekował się orłem, a potem orzeł dał krecikowi skrzydełka, żeby mógł z nim latać. Julce bardzo się to podobało i zapytała mnie, czy mogła by też mieć takie.
Moja mama nie wyglądała na uspokojoną.
- powiedziałem, że to nie taka prosta sprawa. Wiem, wiem, powinienem był powiedzieć, że nie. Że to niemożliwe. Nie martw się mamo. Julka nie ma… przebicia, czy coś…
Nie wiedziałem jak to powiedzieć. Nie przechodziło mi przez usta, że nie umrze. To było zupełnie abstrakcyjne. I chyba trochę bałem się wypowiedzieć tych słów. W każdym razie mnie to uspokoiło. I miałem wrażenie, że moją mamę też.
To było prawie rok temu, a teraz nagle to sobie przypomniałem…

[…]

Przypomniałem sobie dziewczynę anioła i spojrzałem w miejsce, gdzie przed chwilą stała, ale już jej nie było. Przypomniałem sobie ulotkę i spojrzałem na swoją zaciśniętą dłoń. Otworzyłem ją, ale nie było w niej żadnej ulotki. Trzymałem w dłoni zgnieciony czerwono-żółto-brązowy jesienny liść.
- Julka – wymamrotałem pod nosem rozglądając się nerwowo.
- Julka – powiedziałem głośno.
- JULKA! – krzyknąłem…

[…]

Julka siedziała na dywanie w podkurczonymi nogami i z wysuniętym nieznacznie w morderczym skupieniu językiem wycinała małymi nożyczkami sobie tylko wiadomy kształt z ozdobnego kartonu.
Siedziałem z laptopem na kolanach i nie mogłem się skupić na pisanym tekście. Udawałem, że piszę, ale cały czas zerkałem na małe paluszki poruszające się w skupieniu. Chciałem zapytać, co wycina, ale nie chciałem jej przeszkadzać. A potem, gdy rysowała kolorowymi kredkami małe piórka wiedziałem już. Julka robiła sobie skrzydła. Rozczuliło mnie to wtedy. A powinno budzić niepokój. Uśmiechałem się. A powinienem był coś zrobić. Ale nie przyszło mi to do głowy. Jeszcze nie wtedy.
Małe dzieci są tak bezmyślnie durne…

[…]

No i była jeszcze religia. Zawsze uważałem zajęcia z religii w przedszkolu za nieporozumienie. Za przedwczesne. Ale też nie miałem przeciwko nim nic specjalnie. I nie miałbym dalej, gdyby nie to, że Julka przynosiła czasem do domu niepokojące wieści. Kiedyś powiedziała, że wiem kim chce zostać i na nasze pytanie odpowiedziała z dumą, że zakonnicą. I zdziwiła się, że się nie ucieszyliśmy. Innym razem, że aniołem, bo anioły mają skrzydła i mogą latać.
Wszystko zaczęło układać się w mojej głowie jedną niepokojącą, co tam niepokojącą, przerażającą całość…

I jeszcze wizyta księdza…
Przeprowadziliśmy się w tym roku, i pewnego wieczoru usłyszeliśmy pukanie do drzwi. Właśnie pukanie, a nie dzwonek. Julka wlokła się noga za nogę do łazienki z bluzą od piżamy ciągniętą po wykładzinie i spodniami od piżamy na głowie. Długie nogawki zwisały jej do pasa.
- Patrz tato, jestem królikiem! – pokręciła głową wprawiając królicze uszy w lekkie falowanie. Zawsze starała się opóźnić mycie jak tylko dawała radę. Znieruchomiała z ciekawością na owo pukanie.
Za drzwiami stał speszony ministrant i zapytał, czy przyjmiemy wizytę duszpasterską. Popatrzyliśmy na siebie z żoną, a potem na Julkę, która gapiła się na nas pytająco. Gdybyśmy wiedzieli, to wrócilibyśmy pewnie później. Ale tak, cóż, pokiwałem łbem bez przekonania. Posiadanie czteroletniej, przepraszam, PRAWIE pięcioletniej córki ciągnie za sobą konieczność uważania na to, co się mówi i robi.

Ksiądz był jowialny i nie za bardzo zwracał uwagę na nasze odpowiedzi na swoje pytania. Czarował Julkę opowieściami o tym, jak był na misji w Afryce, o murzyńskiej wiosce, o domach pokrytych palmowymi liśćmi i żyrafach obskubujących liście akacji i nie zwracających w ogóle uwagi na ludzi, a Julce powiększały się oczy z każdym zdaniem.
Na koniec dał jej obrazek z Jezusem w otoczeniu pucułowatych aniołków na górkach chmurek.
Julka zapytała wtedy, skąd się biorą takie aniołki, dzieci – aniołki…
Ksiądz odpowiedział jej, że gdy dziecko umiera, to staje się takim aniołkiem i pogłaskał ją z uśmiechem po rozczochranych włosach.
I teraz wszystko zaczęło układać się w jedną całość. „Zaczęło” to nie jest właściwe słowo. Wszystko błyskawicznie ułożyło się w jedną całość. W mgnieniu oka. W ułamku sekundy.
Ułamek sekundy wcześniej, przed tym gdy dreszcz zjeżył mi włosy na karku i napiął mięśnie w reakcji na widok Julki balansującej niepewnie na gzymsie kamienicy dziesięć metrów nad brukiem ulicy…
Jak tam weszła? Co to właściwie ma za znaczenie? Ale ja, jak to ja, skupiłem się na technicznych aspektach. Mała dziewczynka… Zajrzała z ciekawością w szczelinę niedomkniętych drzwi…
Musiała trafić na schody. A potem na otwarte okno…

Rzuciłem się do biegu. Biegu bez żadnej szansy na to by zdążyć, za to z pewnością z szansą na rekord świata na krótkim dystansie. Adrenalina napięła mięśnie do granic wytrzymałości ścięgien, gdy wyrwałem się z bloków startowych. Pierwszy krok trwał o wiele za długo, choć krótko przecież na tle znieruchomiałego świata. Nie mam najmniejszych szans zdążyć, pomyślałem, a właściwie odczułem bez udziału myśli, bo na myśli nie było czasu.
Julka rozłożyła małe ramiona i z uśmiechem zrobiła krok do przodu….
Przechylała się powoli jak na bardzo zwolnionym filmie, a ja zaczynałem drugi krok, drugie wybicie stopą, łydką, udem, całym ciałem. Zaczynałem drugi zwierzęcy skok, ale zbyt wolno…
Miałem przed sobą tylko jakieś trzydzieści metrów, ale Julka miała tylko dziesięć i grawitację po swojej stronie.
I biegłem tak z całych sił. Z całego serca. Z całej mojej zwierzęcej bezsilnej wściekłości…
I biegnę tak dalej. Wciąż i wciąż próbując jeszcze przyspieszyć. Ale bez skutku. Z wysiłkiem napiętym do pęknięcia żył. Do rozerwania tętnic. Do pęknięcia serca…
Biegnę tak już prawie sekundę i będę biegł dalej. Ile będzie trzeba. Może nawet kolejną sekundę. Dla mnie kolejną godzinę, dzień, miesiąc, kolejne sto lat...
Tak długo, jak dam radę się nie poddać.
Tak długo, aż dotrze do mnie, że nie zdążę…
A może jeszcze chwilę dłużej…

październik 2011

SKRZYDŁA ANIOŁA
 

Darek Seleman