Śnieg zacina bezładnie ze wszystkich stron ograniczając widoczność do może pięciu metrów. Przycicha na chwilę, żeby zaatakować ze zdwojoną siłą. Wtedy widoczność spada do metra, może dwóch. Nie widać chmur, ale muszą być gęste, bo jest prawie zupełnie ciemno. Porywisty lodowaty wiatr jakimś cudem przenika przez wszystkie warstwy ubrań, wyjąc przy tym niemiłosiernie. Ciągle jeszcze żyję. I ciągle jeszcze idę. Krok za krokiem. Płytki oddech za kolejnym. Pięć kroków i odpoczynek. Nie daję rady więcej na raz...

 Nie jest trudno. Nie trzeba się wspinać. Trzeba po prostu nie przestawać iść. Czuję, że jestem już bardzo blisko. Może jeszcze kilka kroków. A może tylko godzina, albo dwie. W płytkich oddechach i wolnych krokach zatraciłem gdzieś poczucie czasu. Chcę się poddać. Wycofać. Ale doszedłem już tak daleko. Zawsze mogę się wycofać. Dlaczego miałbym się wycofać właśnie w tej chwili? Jeszcze kilka kroków i odpocznę. Głowa boli mnie niemiłosiernie. W uszach dudni przyspieszony łomot serca. Duszę się z braku tlenu, ale wiem już, że mnie to nie zabije. Nie zabiło przecież nigdy dotąd. Zgrabiałych dłoni nie czuję zupełnie. Mimo grubych polarowych rękawic i grubych puchowych łapawic z jednym palcem, jak za przedszkolnych czasów, ręce najpierw zmarzły, potem bolały, a teraz przestały już boleć. Tyle, że nie mogę niczego porządnie złapać. Zatrzymuję się i odwracam. Mój wzrok wędruje w śnieżycę wzdłuż liny przywiązanej do mojej uprzęży. Lina jest czerwono-czarna. Pamiętam to. W tym świetle nie rozpoznaję kolorów. Gdy wysilę wzrok dojrzę na końcu liny zarysy mniejszej postaci idącej wolno, krok za krokiem, zupełnie jak ja. Nie jestem pewien czy więcej widzę, czy więcej sobie wyobrażam. Jest odległa o jakieś pięć metrów zaledwie, ale i tak ledwo ją widzę. Czekam, aż zbliży się na dwa i podnoszę rękę w jej stronę, żeby sprawdzić, czy wszystko w porządku. W tym potępieńczym wyciu wiatru nie ma sensu krzyczeć. Zresztą jak tu krzyczeć, gdy brak oddechu. Widzę w odpowiedzi uniesioną dłoń i ruszam dalej. Uśmiecham się, ale jestem tak szczelnie opatulony, że nikt nie ma szans tego zauważyć.  

I w tym momencie dostrzegam go. Niewielki usypany z kamieni kopczyk. Dotarliśmy. Jeszcze tylko kilka kroków. Zatrzymuję się. Nie patrzę za siebie. Czekam aż postać idąca za mną zatrzyma się o krok w tyle. Nie patrzę na nią. Wbijam czekan w śnieg i wyciągam dłoń w puchowej rękawicy w jej stronę. Patrzę na swoją dłoń i widzę, jak wsuwa swoją puchową czerwono-czarną dłoń w moją. Łapiemy się za ręce jak przedszkolaki dobierające się w pary przed wyjściem do ogrodu. Nie patrzymy na siebie. Prawię czuję jej uścisk, choć wiem, że raczej sobie wyobrażam, bo przecież nie czuję dłoni już jakiś czas. Od kopczyka dzieli nas może dziesięć kroków. Robimy pierwszy…

 

Zawsze budzę się w tym właśnie momencie…

 

 

Od rana była wyjątkowa mgła. Przed świtem termometr w hotelu pokazywał dwa stopnie zaledwie. Gdy wyszedłem w ciemność ogarnął mnie przenikliwy chłód. Nie ubierałem się szczególnie ciepło, bo przecież za dwie-trzy godziny będzie znacznie cieplej, a do południa będzie pewnie kilkanaście stopni i będę wędrował w t-shircie tylko. Ale rano było zimno. Spałem w starym hotelu z lat późnego socjalizmu, ale za to przy samych Krupówkach i śniadania były znośne, a ceny dość niskie.

Szedłem szybkim krokiem przez mgłę w kierunku dworca PKS, skąd od rana jeżdżą busy w różnych kierunkach. Zwykle od szóstej rano można dostać się w najbardziej popularne miejsca. Zwykle, ale nie pod koniec września. Teraz mamy wolny rynek. Bus rusza, gdy się zapełni. Wsiadłem do busa z tablicą „Morskie oko”, ale zanim odjechał minęła ponad godzina. Nie opłaca się jechać na wpół pustym busem. A zbierali się tylko tacy zapaleńcy jak ja. Zanim się zapełnił była 7:30. Straciłem półtorej godziny na starcie. Ciekawe czy dam radę. Z Palenicy czeka mnie dwugodzinna droga nad Morskie Oko. Potem śniadanie w Schronisku. Godzina nad Czarny Staw. I jakieś trzy godziny na Rysy. Może trzy i pół. Nigdy tam jeszcze nie byłem. A przymierzałem się już ze trzy razy. A trzeba jeszcze wrócić póki jest jasno. Czyli o tej porze roku przed osiemnastą. Przynajmniej do asfaltu. Resztę mogę przejść z latarką.

 

Przyjeżdżam w Tatry zawsze we wrześniu. Nie ma już tysięcy turystów. I luźniej na trasach. Oczywiście pogoda kapryśna. I kilka razy dopadł mnie śnieg i nie mogłem wyjść w wyższe partie. Ale to nie miało takiego dużego znaczenia. Chodziło o to, żeby pobyć ze sobą. Posłuchać siebie. Posłuchać siebie w ciszy. Bo wtedy… wtedy czasem wszystko się układa tak, jak powinno…

 

[…]

 

Zobaczyłem go gdy siedział może dwadzieścia metrów poniżej szczytu oparty o skałę plecami. Obok stał rozpięty czarno-żółty plecak, a on nalewał sobie kawy z termosu do termosowego kubka. Obok niego na kamieniu leżała czerowo-czarna puchowa rękawica. Jedna. Zobaczył mnie i uśmiechając się nieznacznie uniósł kubek w moją stronę w geście ni to pozdrowienia, ni to toastu. Odkiwałem mu łbem głupio i podniosłem dłoń do skroni w geście pozdrowienia. Ciemne oczy zwęziły mu się w uśmiechu. Spod siwej szopy włosów w nieładzie, spod siwych brwi patrzył na mnie z sympatią. Mógł mieć z siedemdziesiąt lat. A może mniej, bo ruchy miał pewne i szczupłą sylwetkę. Może siwizna mnie zmyliła.

Dwadzieścia metrów wyżej w gęstej mgle, na granicy widoczności na szczycie przycupnęły kolorowo ubrane postacie. Jeszcze chwilę i stanę na najwyższym miejscu w Polsce. Po raz pierwszy. Stanąłem obok mężczyzny.

- Jestem tu pierwszy raz – uśmiechnąłem się do niego oddychając szybko – zawsze chciałem tu wejść, ale nigdy się jakoś nie złożyło…

Uśmiechnął się i pokiwał głową ze zrozumieniem.

- A Pan? – zapytałem – pewnie nie pierwszy raz?

- Tu? – zmyślił się – Nie, byłem tu wiele razy.

No tak. Niepotrzebnie wdałem się w tą dyskusję, jakby wejście na Rysy stanowiło jakieś szczególne osiągnięcie.

- A Pan? Kiedy Pan wszedł po raz pierwszy na Rysy – zapytałem.

- Ja? – zastanowił się – ja… nigdy nie wszedłem na Rysy… - uśmiechnął się szeroko i wychylił ostatni łyk kawy z kubka.

- Czemu? – zdziwiłem się – przecież to już tylko kilka kroków…

- Bo – uśmiechnął się do mnie patrząc mi w oczy – nie chcę wejść na ten szczyt – pokręcił głową – na żaden szczyt… bez niej… - zmarszczki wokół oczu na opalonej twarzy podkreśliły szeroki uśmiech.

 

 

Zawsze budzę się w tym momencie…

Wiem dobrze, co było dalej. Pamiętam jak schodziliśmy jeszcze kilka godzin. Pamiętam jak wczołgaliśmy się do namiotu. Pamiętam jak pomogłem jej zdjąć kurtkę i zmienić czapkę na suchą. Jak pomogłem jej zdjąć buty i puchowe spodnie. Jak owinąłem śpiworem i rozcierałem zmarznięte stopy udając, że dłonie w których wracało krążenie zupełnie mnie nie bolą. Jak zapiąłem ją szczelnie w puchowy śpiwór i ściągnąłem ciasno kaptur. Śnieg topił się powoli w kubku na maszynce gazowej, ale zasnęła ze zmęczenia zanim zrobiłem herbatę. Wypiła  ponad litr wracając, więc nie budziłem jej. Patrzyłem z czułością na jej spuchniętą od wysokości buzię, popękane wargi i nie mogłem przestać się uśmiechać. Wiedziałem, że za kilka dni znowu będzie śliczna. Ale przecież w ogóle za tym nie tęskniłem. Dla mnie była śliczna tu i taka. Spuchnięta, spieczona słońcem, ze skórą schodzącą z opalonego nosa, brudna i zmęczona. Wypiłem herbatę parząc usta i palce. Patrzyłem na nią znikającą w dopiero teraz zapadającym zmroku, a potem opatuliłem się szczelnie śpiworem i wtuliłem w nią. Widziałem kłęby pary wydychanej przez nią i wsłuchiwałem się w jej oddech. Był równy, choć przyspieszony. Objąłem ją delikatnie i odwróciłem ją w swoją stronę. Nie obudziła się. Wymamrotała tylko coś przez sen. Objąłem ją szczelnie ramionami. Jak u Kaczmarskiego – zimą ciało ogrzejesz tylko innym ciałem…

A potem zdjąłem rękawicę. Wsunąłem gołą dłoń do jej śpiwora i złapałem jej dłoń – ciągle w puchowej rękawicy. Przez sen uścisnęła ją i spała dalej… – tak zasnąłem…

 

 

Siedzieliśmy razem w Bacówce na Krupówkach i sączyliśmy grzane wino. Zaprosiłem go na kolację i przyjął zaproszenie. Nieopodal skwierczał kominek rozkosznie rozgrzewając zmarznięte i zmęczone mięśnie. Za oknem po Krupówkach snuli się turyści. W tle stroiła instrumenty jakaś góralska kapela. Za oknem zaczął padać deszcz. Mieliśmy szczęście. Przez cały dzień nie padało. I mimo gęstej mgły było dość ciepło. Zaczęło padać dopiero przed chwilą. Zapadł zmrok i temperatura spadła do kilku zaledwie stopni. Po szybie spływały gęste strugi deszczu. Grzane wino rozgrzewało od środka, a zapach zasmażanej kapusty i smażonej jagnięcej kiełbasy rozpalał głód.  Gapiłem się na pływający plasterek pomarańczy w moim winie i zerkałem na mojego kompana. Pił wino małymi łykami i gapił się w ogień. Jakby zupełnie nie spieszył się i smakował różne aspekty tej chwili tak,  jak smakował każdy łyk…

 

Kilka godzin wcześniej wlazłem na Rysy. Zostawiłem go pod szczytem, a potem pozdrowiłem go mijając w drodze w dół. Spakował swoje rzeczy, założył plecak na jedno ramię, a puchową rękawicę wsunął do kieszeni kurtki.  Wstał i ruszył za mną. Szliśmy tak bez słowa dobre pół godziny. Szedłem ze świadomością, że idzie kilkanaście metrów za mną, aż usłyszałem ten huk. Nic nie może równać się z tym rumorem. Kamienna lawina wydaje dźwięk jedyny w swoim rodzaju. Zwielokrotniony jeszcze górskim echem. Najpierw usłyszałem huk, spojrzałem w górę i zobaczyłem toczące się prosto na mnie kamienie. Nie zdążyłem nic zrobić. Rzucił się na mnie i zakrył własnym ciałem. Musiał widzieć kamienną lawinę chwilę wcześniej i zepchnął mnie z jej drogi prosto pod półkę, która nas osłoniła przed lecącymi kamieniami. Oberwaliśmy kilkoma mniejszymi, ale nie w głowę. Jego czarno-żółty plecak zjechał z kamieniami w mgłę. Gdy ucichło usiadłem przerażony. Trzymał moją twarz w dłoniach i patrzył mi w oczy. Zapytał jak się nazywam, skąd pochodzę i jaki dziś dzień tygodnia. Potem obejrzał moją głowę, nogi i ręce i zapytał, czy mogę iść. Wstałem i uśmiechnął się szeroko. Powiedział, że musi poszukać swego plecaka, i żebym się stąd nie ruszał. Kiwnąłem głową, a on zniknął we mgle.

 

Wracaliśmy dłużej niż moglibyśmy. Bolała mnie stłuczona kostka, a gdy zaproponowałem, żeby sobie poszedł, i że ja powlokę się w swoim tempie, machnął ręką i udał, że jest bardzo zmęczony i że musi trochę odpocząć. A ja udałem, że mu uwierzyłem. Zeszliśmy do schroniska, a kwadrans niżej załapaliśmy się na bryczkę. Noga bolała mnie, ale mogłem chodzić. Wróciliśmy do Palenicy, a potem busem do centrum Zakopanego. Zaprosiłem go na kolację i oto jesteśmy.

Zapytałem raz jeszcze o Rysy, a on uśmiechnął się i powiedział, żebym się tak tym nie przejmował i że bywał wyżej, ale nie chciał nic więcej powiedzieć.

 

 

Właściwie nie pamiętam, co mnie obudziło. Leżałem w zupełnej ciemności przez chwilę i próbowałem sobie przypomnieć, gdzie jestem. I wtedy usłyszałem kasłanie. Jej kasłanie. Wygrzebałem z kieszeni w namiocie czołówkę i zasłaniając ją dłonią, żeby jej nie obudzić,  włączyłem. Zapaliłem czerwone światło i skierowałem na jej twarz. Spała. Trochę niespokojnie. Miała zamknięte oczy. Zakasłała znowu. I wtedy zobaczyłem plamę na kapturze śpiwora i obok na karimacie. Plama była czerwona jak wszystko w czerwonym świetle. Przełączyłem czołówkę na białe światło. Plama pozostała czerwona…

Zrozumiałem, że kasłała krwią. Zrozumiałem, że szybko musimy zejść niżej…

Zrozumiałem, że jesteśmy tylko we dwoje i że nikt mi nie pomoże…

 

Próbowałem ją obudzić, ale tylko coś majaczyła. Miała zimne czoło. Wyjrzałem z namiotu. Wichura ustała i było cicho i spokojnie. Niebo rozgwieździło się nieprzyzwoicie. Zapaliłem maszynkę i nałożyłem pełną manierkę śniegu, żeby się rozpuścił. Zacząłem się pakować. Mały plecak. Tylko niezbędne rzeczy. Rozpiąłem jej śpiwór. Nie wiedziałem, co powinienem zrobić. Wiedziałem tylko, że musimy zejść niżej. Choroba wysokościowa powodowała obrzęk płuc i obrzęk mózgu. Założyłem jej na stopy puchowe botki i skorupy. Pomyślałem, że to bez sensu, bo i tak nie będzie w stanie sama iść. Ale może będzie jej cieplej. Nie mogłem pozwolić jej wychłodzić się za bardzo. Przelałem letnią wodę z rozpuszczonego śniegu do termosu. Do reszty wody wsypałem zupę w proszku. Muszę coś zjeść, muszę mieć siłę. Jeśli nie będę miał siły, zginiemy tu oboje…

Pamiętam ze szkolenia wspinaczki zimowej…

Instruktor patrzył na nas z uśmiechem.  

- Kto z was lata samolotami? – podniosło się kilka rąk.

- Pamiętacie, co przed startem mówi stewardesa o sytuacjach awaryjnych? – nikt się nie odezwał.

- Jak rozszczelni się samolot i wypadną maski tlenowe… Macie dziecko… komu założycie maskę najpierw? – popatrzył na siedzących w kręgu.

- Najpierw sobie – powiedział ktoś bez przekonania…

- Właśnie – podkreślił dobitnie instruktor – jeśli chcecie kogoś uratować, najpierw musicie uratować siebie… - wszyscy pokiwali głowami ze zrozumieniem…

 

Jadłem zupę bez przekonania. Paliły mnie poparzone wargi i czułem mdłości. Muszę już iść – powtarzałem sobie. To tylko kilka godzin. Dam radę. Wyjrzałem z namiotu. Czarna noc z wolna przeistaczała się w granatową z cienką linią ledwie dostrzegalnie pomarańczową na wschodzie…

- Założyłem czołówkę i mały plecak zarzuciłem na plecy. Założyłem jej puchową czapkę na polarową i zacisnąłem na wszystkim kaptur. Naciągnąłem jej puchowe rękawice na polarowe. Złapałem jej głowę w dłonie i powiedziałem, że damy radę, ale raczej nic nie zrozumiała. Wstałem, przyklęknąłem. Zarzuciłem ją sobie na ramiona, jak górale noszą owce. Tylko w ten sposób mogłem iść. To tylko kilka godzin przecież, mówiłem do siebie w kółko. Zrobiłem pierwszy krok…

 

Jak długo dam radę tak iść? Minęło już wiele godzin. Było zupełnie jasno. Nawet zrobiło się wyraźnie cieplej. Może nawet temperatura była w okolicy zera. Nie wiedziałem. Nie czułem nóg. Nie czułem dłoni. Tylko na odsłoniętej częściowo twarzy słońce ogrzewało mnie nieznacznie. Odrobina ciepła w jakiś irracjonalny sposób dawała nadzieję. Jak długo jeszcze dam radę? Tak długo, jak będzie trzeba - odpowiadałem sobie w kółko - tak długo, jak będzie trzeba…

 

 

Patrzyłem w ogień i myślałem o dziwacznym starszym mężczyźnie, który „nie chciał wejść bez niej”…

Nie wiedziałem, jak się zapytać. Nie chciałem go urazić. Ale przecież tak bardzo chciałem wiedzieć. Zawahałem się. Jeśli nie zapytam teraz, może nigdy się nie dowiem…

- A gdzie ona teraz jest? – zapytałem.

Spojrzał na mnie i uśmiechnął się szeroko. Pokazał gestem dłoni, żebym zgadywał.

 

 

Nie pamiętam tej nocy i ranka zbyt dobrze. Szedłem. Cały byłem tylko kolejnym krokiem i zdesperowanym kolejnym… Świat przestał istnieć. Zamienił się w mantrę powtarzaną bezmyślnie. Gdyby ktoś wsłuchał się w mamrotanie zziębniętych szczęk, to może domyśliłby się, że chodziło o „jak będzie trzeba”… ale nikt się nie wsłuchiwał. Ostatnią rzeczą którą pamiętam były kolorowe namioty, które pojawiły się za kolejnym wzniesieniem. Potknąłem się i zjechaliśmy razem kilkanaście metrów. Ktoś biegł w naszym kierunku, a potem świat odwrócił się do góry nogami i ściemnił do zupełnej czerni…

 

Najpierw zobaczyłem światło. Było białe i rozmyte. Drgało na granicy mojej świadomości. Próbowałem się skoncentrować, ale uwaga pływała sobie w sobie tylko wiadomym rytmie i nie mogłem uchwycić niczego, co pozwoliłoby mi zachować przytomność. Możliwe, że odpływałem tak kilka razy…

Obudziłem się z uczuciem totalnego wysuszenia. Chciałem coś powiedzieć, ale poczułem, że mój język jest z drewna i nie dam rady go odpowiednio ułożyć. Rozkasłałem się tylko. Pielęgniarka w białym kitlu wsunęła mi do ust owiniętą w bandaż mokrą szpatułkę i zwilżyła mi wnętrze ust. Pokiwałem głową. Podniosła i głowę i wlała ostrożnie kilka kropel z kubka.

Powiedziałem coś, a potem powtórzyłem po angielsku, ale pokazała na migi, że nie rozumie. Próbowałem wstać, ale przytrzymała mnie na siłę. Poddałem się po chwili. Mrugnąłem na znak, że już nie będę próbował się wyrywać…

 

Lekarz musiał mieć dobre osiemdziesiąt lat. W miejscach, gdzie jeszcze nie wyłysiał, miał zupełnie białe włosy. Śniada pomarszczona skóra wskazywała na człowieka, który spędza dużo czasu na słońcu.

- Będzie dobrze – powiedział po angielsku z silnym obcym akcentem.

- Ona? – zapytałem resztką sił.

- Będzie dobrze – powtórzył. Pomyślałem, czy to przypadkiem nie jedyne, co potrafi powiedzieć po angielsku, ale nachylił się nade mną i powiedział dobitnie: - ona… będzie dobrze… - i uśmiechnął się. Zobaczyłem, że brakuje mu górnej jedynki, ale odczułem ten spokój. I udzielił mi się. Uwierzyłem mu wtedy. Że „ona będzie dobrze”…

I zasnąłem…

 

 

Pierwsze, co przyszło mi do głowy to, że ona nie żyje, ale nie miałem odwagi o to zapytać.

Spojrzałem na niego, a on odgadł o czym myślę i pokręcił głową.

- Pudło – powiedział – żyje… - uśmiechnął się, a uśmiech miał zaraźliwy, więc też się uśmiechnąłem.

Zagapił się w płomienie w kominku, a po chwili odwrócił się w moją stronę.

- Widzisz, to taki test…

Spojrzałem pytająco.

- Test na to jakim jesteś człowiekiem. I jak to jest z Twoją nadzieją. Może myślisz, że odeszła ode mnie. Może jest teraz z innym mężczyzną. – popatrzył na mnie przeciągle czekając, jak zareaguję. Nie zrobiłem, ani nie powiedziałem nic.

- A może jest chora i nie może chodzić po górach, ale wykopała mnie z domu, bo wie, że ja to bardzo lubię, chodzenie po górach, i chce, żebym był szczęśliwy. – uśmiechnął się do tego, co powiedział.

- A może wczoraj skręciła kostkę i czeka teraz na mnie w hotelu. Może będzie droczyć się ze mną i udawać, że niby jej nie pasuje… A potem przytuli się do mnie i będziemy się tulić i kochać do rana. To pewnie by Ci się podobało, nie? – Patrzył na mnie w sposób, który powodował ciarki na plecach. Dotknął czegoś ważnego…

- To, co sobie wyobrażasz, świadczy o Tobie. Nie daj sobie odebrać nadziei. Ja nigdy nie dałem. – spojrzał mi w oczy i odczekał dobrą minutę. Nie spuszczałem wzroku.

- Jeśli zrobisz wszystko najlepiej, jak umiesz, to nie ma się czym martwić…

 

 

                                                                                                Październik 2011 (dziwaczny miesiąc) i początek listopada…

PUCHOWA RĘKAWICZKA
 

Darek Seleman